Cofnij do archiwum
Zobacz te lata w metryce biegów
1986
Józef Strzyżewski
Chociaż maraton odbywał się na trasie nudnej i żmudnej, gdyż po nawrocie wiódł tym samym odcinkiem tyle że pokonywanym w przeciwnym kierunku, to zakończenie maratonu ponownie w atmosferze stadionu sprawiało, iż wszystko co najgorsze pozostawało w tyle. W moim przypadku najgorszymi były liczne kontuzje na trasie, jakie mogłyby przerwać bieg, a najbardziej - zdarzenie jakie miało miejsce na 15 kilometrze. Wspomnienia z przed biegu i ze startu pozostawiały dobre wrażenia - kulturalna obsługa, uroczysty i podniosły moment przed honorowym wystrzałem startera, rozmowy po starcie z zaprzyjaźnionymi zawodnikami. Do 5-tego kilometra trasy nic nie było w stanie zakłócić prącego do przodu żywiołu rozlanego wielobarwną wstęgą w przestrzeni. Nie potęgował tej siły setek biegaczy żaden doping ani oklaski na znacznym odcinku trasy. Przebiegając jednak przez podwarszawskie miasteczka, tak dobrze znane, pojawiał się żywiołowy doping kibiców i podrywał na nogi niejednego pechowca. Przed 15-tką z trudem dociągnąłem do punktu sanitarno-odżywczego i tutaj miał się skończyć mój rzekomy "happy end". Nadeszły kolejno: ból prawego kolana i gorycz klęski. Nieznane mi lekarstwo z punktu sanitarnego na tej 15- ce, poderwało mnie do jeszcze ostatecznej próby.
Józef Kmieciński
Do Maratonu Pokoju w 1986 roku szykowałem się specjalnie przez całą wiosnę i lato. Owszem, biegałem na zawodach na orientację, ale najważniejszy miał być dla mnie maraton. Na zawodach w Czechosłowacji kupiłem sobie "maratonki", nie musiałem już biec w trampkach z Krosna, czy adidasach Polsportu. Biegałem treningi po 20-30 kilometrów, często na szosie i w ostatnich dniach przed biegiem byłem przekonany że jestem w stanie pobiec na czas rzędu 2:50.
Ruszyłem żywo, co prawda po kilku dniach opadów zrobiło się ciepło, ale na pierwszych punktach nie piłem. Szkoda mi było czasu. Do dwudziestego kilometra udało mi się dobiec w 1:20, zawróciłem w Falenicy i po chwili zaczęło się. Poczułem się słabo i na chwilę musiałem się zatrzymać. Na przemian szedłem, stałem, chwilę biegłem i znowu szedłem. Doczołgałem się do wodopoju i kiedy napiłem się poczułem się... równie źle, tyle że inaczej. Mijali mnie kolejni rywale, a ja przeżywałem gorycz porażki.
Tak dobrnąłem do domu mojej teściowej - złapałem się ogrodzenia i powiedziałem. że dalej nie biegnę, niech robią co chcą. Żona z teściową kilka minut przekonywały mnie do skończenia biegu. Ruszyłem, jeśli takie określenie jest tu na miejscu. Brnąłem do mety, czas był znacznie słabszy niż w 1981. Poczułem gorycz porażki.
1987
Jan Niedźwiecki
Od 20 km biegu zacząłem według znanych już zasad korzystać z punktów odżywiania, jak również odświeżania, które wzorowo rozmieszczone (i dobrze zaopatrzone) były co 5 km. Z cukru korzystałem mniej, natomiast więcej z napojów i wody dla ochłody. W 2-giej części biegu włożyłem sobie nawet pod koszulkę gąbkę i co 5 km ją nawilżałem, co okresowo mnie orzeźwiało.
Na 30 km biegu nadal czułem dobrą kondycję i zacząłem wyprzedzać nawet takich uczestników, z którymi zawsze przegrywałem. Spotykałem też coraz więcej idących maratończyków. Na przydrożnych skarpach odpoczywali koledzy masując sobie obolałe nogi i "gimnastykując się". Przypomniał mi się mój pierwszy maraton, kiedy też goniłem resztkami sił.
I tu właśnie zaczął realizować się mój maraton "Zwycięstwa", bo wyprzedzałem lepszych od siebie biegaczy, jak: kol. Władysławę Karolak (świetna biegaczka z Kalisza), kol. Henryka Bartkowiaka, kol. Jacka Noworytę, czy kol. Jerzego Lewandowskiego. Ale największy sukces odniosłem gdzieś w pobliżu 40 km, kiedy minąłem red. Janusza Kalinowskiego, legitymującego się czasem około 3:15.
Paweł Lech
Od kilku lat sporo biegałem. Przede wszystkim w lesie, na orientację. Stwierdziłem że chociaż raz powinienem zobaczyć jak to jest pobiec maraton. Mimo że biegałem sporo kilometrów to trening był zorientowany na nieco inny wysiłek - nie monotonny równy bieg po płaskiej i twardej trasie, tylko pokonywanie przestrzeni, często po wzniesieniach i zrywami.
Byłem nastawiony na dość dobry wynik. Na nogach, jak wielu innych miałem zwykłe trampki bez amortyzacji. Stanąłem w tłumie ludzi na starcie, przed Stadionem Dziesięciolecia, padł strzał, ruszyliśmy.
Początkowo biegłem spokojnie, wolniej niż zakładałem i zdecydowanie wolniej niż miałem na to ochotę. Przy trasie widać było pola z kapustą i innymi warzywami, zaczynała się jesień, plony jeszcze nie były zebrane.
Z czasem zacząłem lekko przyspieszać, biegło mi się bardzo dobrze, wyprzedzałem kolejne osoby i to niejako napędzało mnie do szybkiego biegu.
Było świetnie aż do czterdziestego pierwszego kilometra. Pod mostem Łazienkowskim dopadł mnie kryzys - do mety zostało jakieś kilometr, może półtora. Zatrzymałem się przy punkcie sanitarnym i piłem, dziewczyny mnie masowały, powoli wracałem do życia. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale na samym tym punkcie straciłem jakieś piętnaście minut, później jakoś dobrnąłem do mety.
1988
Zenon Lewandowski
To był mój drugi maraton. Pierwszy raz pobiegłem rok wcześniej, też w Warszawie. Do 34-tego roku życia grałem w piłkę nożną, a kiedy przestałem trenować czegoś mi brakowało. Zacząłem truchtać, pojechałem na zawody na 10 km w lesie i tak się zaczęło. Co miesiąc jechałem na kolejny bieg i powoli zaczynałem myśleć o czymś większym. Pobiegłem swój pierwszy maraton - skończyłem, ale chciałem pobiec szybciej.
Z tych biegów pamiętam tumult na starcie - odliczanie od dziesięciu do zera, hałas w tunelu i bieg. Wszystko było wtedy dla mnie fantastyczne: tłumy ludzi, zegary na kolejnych piątkach, punkty odżywiania. Nigdy nie byłem na żadnym biegu za granicą, a Maraton Pokoju był największą i najlepszą imprezą w Polsce.
Na końcówce biegliśmy Mostem Syreny aż do Stadionu Dziesięciolecia, na płycie jeszcze kółko po bieżni i wreszcie finisz - poprawiłem swój czas o prawie pół godziny.
Rok później pobiegłem w sztafecie Paryż - Moskwa, to był mój pierwszy start za granicą.
Janusz Zaremba
Trasa podobno ciekawa - po mieście. Ja planuję biec na 2:48:00 i ruszam w tempie 4:00 - 4:15. Rusza spora masa ludzi, wg. mnie około 2,5 tysiąca. Ruszam nie za ostro, ale staram się przebiec do przodu, gdyż jest dość duży ścisk i tłok. Obiegamy stadion i już jest trochę luźniej, ale cały czas ktoś biegnie obok, z przodu i z tyłu. Pierwsze 5 km bardzo dobrze, a nawet lepiej (18:57). Staram się nie przyspieszać. Przebiegamy przez most Gdański i kierujemy się do centrum.
Biegnie się bardzo fajnie Nowym Światem - spore grupy kibiców (co pomaga). Mija 10 km (38:05) zjadam kostkę cukru i łyk napoju. Na każdym punkcie kontrola czasu, samochód z wyświetlaczem czasowym Seiko! - wspaniale. Mimo wszystko chyba trochę przyspieszam i mijam kilkanaście osób. Na 15 km (56:30) dołączam do Andrzejewskiego z Konina i dwóch zawodników z Czech. Ponieważ mają dość dobre tempo biegnę z nimi. I już 20 km (1:15:10), a później dość szybko 25 km (1:36:00) - łyk napoju + woda i gąbka.
Na 30 km nadal dobry czas - 1:56:10. Ale przychodzi coraz większe zmęczenia. Na 35 km (2:16:30) na punkcie żywnościowym zatrzymuję się i stoję około 30 sekund pijąc spokojnie sok. Jestem już dość zmęczony, nogi nie chcą dalej biec! Ale już tak blisko, mijam 40 km (2:38:30). Jeszcze tylko 2 km i meta. Próbuję przyspieszyć, ale nie daję rady. Biegnę nawet wolniej. Przed stadionem patrzę na czas 2:47:10, a więc przyspieszam już na bieżni ażeby uzyskać swój limit. Uradowany wpadam na metę - 2:47:50!
powrót na górę
Jeżeli masz swoje wspomnienia z tej edycji biegu - napisz je do nas!
|