Cofnij do archiwum
Zobacz te lata w metryce biegów
1996
Witold Radke
Tym razem zbliżanie się do mety przestało być złudzeniem. Każdy krok prowadził mnie do niej. Na pewno złudzeniem było odczucie, ze ból i zmęczenie prawie mnie opuściły. Kiedy z odległości 500 metró dojrzałem lini.ę mety nie czułem już najmniejszego bólu czy zmęczenia. Czułem natomiast wszechogarniającą mnie radość i rozpierającą dumę, że dokonałem tego co jeszcze rok temu byłoby dla mnie czysta mrzonką. Te ostatnie pół kilometra było naprawdę cudowne. Na pełnej szybkości minąłem linie mety, wśród szpalerów ludzi, którzy mnie oklaskiwali. Kochałem tych ludzi, kochałem cały świat. Byłem niezmiernie szczęśliwy. Ani zdanie matury, ani egzaminu dyplomowego na studiach nie dało mi większej satysfakcji niż ukończenie pierwszego maratonu.. Potem wspaniała chwila zawieszenia na szyi upragnionego medalu, z którego byłem dumny jak by to był złoty medal olimpijski.
Wojtek Wanat
Postanowienie było jasne - w tym roku łamię trójkę. Przez całe lato wszystko zostało podporządkowane temu jednemu celowi. Przez dwa miesiące wakacji robiłem tylko dwie rzeczy: pisałem i biegałem. Zero alkoholu, imprez, czasem jakiś koncert.
Dlatego Stając na starcie nie dopuszczałem możliwości porażki. Numer miałem taki sam jak rok wcześniej 777, załatwiłem to sobie przy rejestracji. Od początku biegłem na lekkim luzie, tak żeby za bardzo się nie zszarpać. Byłem skoncentrowany na sobie, tempie i zegarku. Do 20 kilometra wychodziło mi równo 20 minut piątka, później zacząłem gubić, najpierw sekundy, z czasem minuty.
Około 30 - 32 kilometra przebiegam obok mety, zwycięzców jeszcze nie ma, ale kibice przemieszczają się na drugi pas żeby ich dopingować. Wiem, że nie utrzymam już tempa, które próbowałem narzucić od początku, ale wiem tez że trójka będzie moja.
Przed ostatnim nawrotem, obok baru Żagielek, widzę biegacza, który do złudzenia przypomina Jurka. Ten sam krok i budowa. Tyle, że Jurek startował w czerwonych spodenkach a ten ma szare. Powoli go doganiam co też mnie dziwi - nigdy nie byłem w stanie z nim wygrać, więc to raczej nie on. Wyprzedzając go ze zdziwieniem konstatuję - jednak Jurek. Po nawrocie zauważam - te spodenki były czerwone z przodu, z tyłu szare.
Meta - patrzę z dystansu na zegar 2:55, zostało mi jeszcze może na półtorej minuty biegu. Wiem ze tylko jakaś kontuzja mogła by mi przeszkodzić. Coś we mnie śpiewa kiedy wbiegam spokojnie na metę.
1997
Tomasz Mroński
Widzę, że podłe warunki pogodowe dają się wielu startującym zdrowo we znaki. Mijam kilku ludzi, których normalnie nie miałbym prawa wyprzedzić. Niektórzy nie znoszą zimna, mnie to a szczęście wręcz pomaga. 30-ty kilometr - 2:17:30. Jest dobrze, ale moce niebieskie chyba chcą nas dobić, bo z mżawki robi się deszcz, a za chwilę istne oberwanie chmury. W ciagu minuty asfalt znika pod kałużami wody. Przy zacinającym w twarz wietrze efekt jest zabójczy - masy wody wręcz stawiają na baczność. Udaje mi się przyczepić do dwóch starszych biegaczy z osoba towarzyszącą na rowerze i jakoś przeżywamy te 10 - 15 minut kataklizmu.
Nie mogę doczekać się nawrotu - tam wiatr będzie wiał w plecy. Na 35-tym 2:41:50, a więc poprawię się na pewno, tylko o ile. Nawrót, ostatnie 5 kilometrów. Wyrzucam spodnią bawełnianą koszulkę, która namokła i uszczęśliwiała mnie dodatkowym kilogramem obciążenia. Ostatni punkt z napojami, za chwilę meta w zasięgu wzroku. Już nic nie może się stać. Na zegarze 3:15:47 - poprawiłem się ponad 6 minut. Jestem dumny jak paw.
Michał Walczewski
To był bardzo przyjemny maraton. Biegliśmy od początku z kolegami z klubu Maraton Ople 1411, siąpiło, ale biegło nam się raczej dobrze.
Tak około trzydziestego kilometra zaczęło się oberwanie chmury. Deszcz i wiatr spowodowały że niewiele było widać, najlepiej by się biegło w okularach, takich do pływania, ale chyba nikt nie wziął czegoś takiego ze sobą. Pamiętam maratończyków uciekających z trasy pod przystankowe wiaty. Deszcz był taki że w ciągu kilku minut na trasie stała woda po kostki. Nie omijałem kałuż, zresztą nawet gdybym chciał nie miał bym jak.
Mnie ten deszcz tylko orzeźwił, nie miałem problemów z piciem, czy serwisem gąbkowym. Biegło mi się coraz lepiej. Wyprzedzałem kolejnych zawodników, nie liczę tych którzy stali na przystankach. Nawet nie bardzo pamiętam gdzie wtedy była meta, jak wyglądała trasa. W pamięci pozostała deszcz i uciekający przed deszcem maratończycy.
powrót na górę
powrót na górę
Jeżeli masz swoje wspomnienia z tej edycji biegu - napisz je do nas!
|