Cofnij do archiwum
Zobacz te lata w metryce biegów
1991
Dariusz Wieczorek
XIII Maraton Warszawski był moim debiutem maratońskim. Miałem zaledwie 21 lat i w tamtym roku pierwszy raz pobiegłem dłuższe dystanse - 10 i 20 km. Zaczęło się dla mnie trochę pechowo, osiem dni przed biegiem pogryzł mnie podczas treningu pies - duży wilczur. Do końca nie wiedziałem, czy nie był wściekły. Byłem bardzo przejęty tym startem. Na trasie czekało na mnie sporo znajomych, którzy mieli mi kibicować. Przez ostatnią noc praktycznie nie spałem.
Zacząłem wolno, na półmetku byłem dopiero trzydziesty siódmy, nie czułem wysiłku związanego z biegiem, zacząłem delikatnie przyspieszać. Na trzydziestym kilometrze byłem już w dziesiątce. Przyspieszałem coraz bardziej, na trzydziestym siódmym do pierwszego miałem już tylko 2 min 40 straty. Na 41 kilometrze minąłem leżącego na asfalcie faworyta - Tanzańczyka Simona Kamungę, byłem już trzeci. Z jednej strony byłem bardzo zadowolony z wyniku - trzecie miejsce w debiucie i wynik 2:20:50 było czymś znacznie więcej niż się spodziewałem. Ale czułem że przy bardzo dobrej dyspozycji zabrakło doświadczenia.
Zdzisław Lipowski
Ostatecznie postanowiłem biec praktycznie sam, biegło mi się bardzo dobrze i tak na dobra sprawę wcale nie chciałem dochodzić do biegnącej przede mną grupy. Gdzieś około 25 km kamerzysta przez jakiś czas mnie filmuje. Potem okazało się że ten fragment z moją sylwetką pokazywała TVP w migawkach z maratonu. Trochę zaczyna ogarniać mnie niepokój, dobiegamy już do "30", a grupa trzyma się dobrze, jakoś nikt nie chce odstawać. Myślę sobie - maraton zaczyna się po trzydziestce i niebawem nastąpi selekcja. Nie pomyliłem się. Po minięciu 70% dystansu z biegnącej przede mną grupki co i rusz zaczynają odstawać pojedynczy zawodnicy, a ja swobodnie ich mijam.
Biegnę Wisłostradą w kierunku Mostu Grota Roweckiego i mijam się z zawodnikami biegnącymi z przeciwnej strony do mety. Żeby nie myśleć o biegu liczę ich, aż do ostatniego nawrotu. Równo na 40 km dochodzę kolegę z Polkowic Leszka Kołodziejczyka, którego chwytają skurcze nogi. Metę mijam w dobrej formie (nie miałem żadnego kryzysu), a na zegarze widzę 2:58:17.
powrót na górę
1992
Michał Walczewski
W 1992 roku pierwszy raz udało mi się skończyć maraton. Wcześniej myślałem o tym przez rok.
Rok wcześniej z kolegą z klasy usłyszeliśmy, że w Warszawie odbywa się za dwa miesiące maraton i że może wziąć w nim udział każdy kto skończył 18 lat. Nie biegaliśmy, nie lubiliśmy biegać, ale pomyśleliśmy że jeśli możemy pobiec to trzeba to wykorzystać. W ramach treningu przebiegliśmy się ze cztery razy, przy najdłuższym dystansie około 10 km. I przyszedł dzień startu.
O biegach nie wiedziałem nic, tym bardziej o bieganiu maratonu, zacząłem bardzo szybko i jakoś udawało mi się utrzymywać tempo. Kiedy około 32 kilometra przebiegałem obok mety, akurat finiszowali najlepsi, musiałem mieć w tym miejscu czas 2:15 - 2:17, biegłem dalej. Około 35 kilometra dopadło mnie - stanąłem. A później zszedłem z trasy i położyłem się w rowie, przespałem tam jakąś godzinę i wróciłem na metę. Nie wiedziałem, że w maratonie można iść, że po powrocie na trasę mogę kontynuować bieg. Gdybym wiedział to bym skończył. Zazdrościłem swojemu koledze - on zaczął spokojnie pobiegł w czasie ponad cztery godziny, ale był maratończykiem.
Ja czekałem na swój ukończony maraton jeszcze rok. Nie żebym się przygotowywał, w kolejnym roku też pobiegłem na żywca, ale tym razem zacząłem spokojnie i skończyłem w czasie ponad cztery godziny.
Jacek Gardener
W każdym kolejnym roku starałem się przygotowywać do startu coraz lepiej. Zmieniałem trening, nauczyłem się słuchać i rozumieć swój organizm. Byłem przekonany, że jestem w stanie urwać z życiówki kolejne 20 minut.
Kiedy stanąłem na starcie miałem przed oczami zegarek, a w głowie zmagania, które mnie czekały. Ruszyłem. Starałem się utrzymywać stałe założone tempo, ale z czasem traciłem kolejne sekundy na kilometrze.
Na Wisłostradzie zacząłem liczyć kolejnych zawodników z czołówki. Biegło ich coraz więcej, a ja nie widziałem nawrotu i nie mogłem się doczekać kiedy wreszcie do niego dobiegnę. Złościłem się, że jeszcze taki kawał przede mną.
Prze cała trasę tasowałem się z braćmi Włodkiem i Andrzejem Piechną. To byli tacy zawodnicy, z którymi się wtedy ciągle ścigałem. Na trasie kilka razy mijałem to jednego to drugiego. W końcu Andrzej wygrał ze mną sześć minut, a Włodek przegrał siedem. Ale przede wszystkim byłem niezadowolony z wyniku, liczyłem na znacznie więcej.
1993
Tomasz Brett
To nie był mój debiut maratoński. Pierwszy maraton przebiegłem też w Warszawie, trzy lata wcześniej. Teraz byłem dobrze przygotowany teoretycznie: przeczytałem kilka książek, wydawało mi się że fizycznie też jest dobrze. Przywiozłem ze sobą rodzinę, kibicowali mi, to było takie nasze wspólne przeżycie, ale nigdy nie miałem szczęścia do jesiennych maratonów. Zawsze najlepsze wyniki miałem wiosną.
Wiedziałem, że gdzieś po trzydziestym kilometrze przyjdzie kryzys, ale nie spodziewałem się, że największe problemy będę miał z żołądkiem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem zbyt dobrze o tym jak należy się odżywiać w ostatnich dniach przed startem, musiałem zjeść coś zbyt ciężkiego bo moja wątroba wyraźnie odmawiała mi współpracy. Cierpiałem tak jak nie zdarzało mi się cierpieć nawet podczas maratonów bieganych w ramach Iron Mana. Kiedy dotarłem do mety byłem szczęśliwy, że nie muszę już przebierać nogami.
Piotr Pobłocki
Biegliśmy razem właściwie od startu, kolejni zawodnicy odpadali, w końcu zostaliśmy na czele tylko my dwaj. Tanzańczyk nie chciał współpracować, cały czas to ja musiałem ciągnąć, on chował się za plecami. Bałem się przyspieszyć i oderwać od niego, gdyż miałem skurcze żołądka. Coś mi zaszkodziło, być może przyczyną był upał. Decydująca walka o zwycięstwo rozegrała się na ostatnich 200 metrach. Kiedy zaatakował Tanzańczyk nie miałem sił żeby odeprzeć jego atak, był świeższy po biegu za moimi plecami Wyprzedził mnie o osiem sekund. Muszę więc mieć niedosyt. Wystartowałem z zamiarem zwycięstwa, by tym samym poprawić swój byt. Nie mam szczęścia, koczuję z żoną i trzyletnią Kamilą w bursie przy klubie Gryf. Nie mam sponsora, sam jestem sobie menedżerem i trenerem.
1994
Wiesław Lenda
Co za radość! Po siedmiu latach ponownie na najwyższym podium w stolicy. Wówczas, w 1987 roku, debiutując w biegu maratońskim, miałem 25 lat i stanąłem na najwyższym stopniu podium. Dziś, u schyłku sportowej kariery, udało mi się powtórzyć sukces, wzbogacony wspaniałą nagrodą - Fiatem Cinquecento.
W tej radości mam żal do organizatorów, że nie powiedzieli, iż do półmetka będzie biegł "zając" z Białorusi. Narzucił on mordercze jak na tak upalną pogodę tempo, na wynik poniżej 2:15. Nie śmiałem się go zapytać czy nie jest "zającem", ale tak mi to pachniało, gdyż niedawno wygrałem z nim w maratonie w Bełchatowie. Wraz z kilkoma zawodnikami staraliśmy się dotrzymać mu kroku, jednak ten manewr mógł nas wykończyć.
Stanisław Niwiński
Po starcie na Krakowskim Przedmieściu, biegnę pomału, ale na Nowym Świecie widząc biegnącego obok Zdzicha, wyprzedzam go - śpiewając mu "Spotkamy się na Nowym Świecie". Nie sądziłem, że spotkamy się na Pradze. Na półmetku mam 1 godzinę 38 minut, czyli idę a czas 3:20 - 3:25. Nadal czuję duży zapas sił, utrzymuję dobre tempo, trochę poniżej 5 minut na kilometr. Dopiero pod koniec obiegu Pragi, gdzieś w okolicach Dworca Wschodniego, zaczyna mi powoli brakować "pary", a tu do mety jeszcze około 12 km. Wiatru w plecy nie widać, za to Zdzichu wyprzedza mnie, mówiąc: "Zobaczę jak długo utrzymam to tempo". Spadam, więc na drugie miejsce. Prawie przed wbiegiem na most dochodzi mnie Prokopowicz, znajomi podają mu picie więc jeszcze jakiś czas biegnę przed nim. Niestety, nie mogę już utrzymać poprzedniego tempa, spadam więc jak mi się zdaje na trzecie miejsce. Na mecie osiągam czas 3:41:36. Niezły, ale liczyłem na lepiej. Na wywieszonych listach szukam potwierdzenia że mam przynajmniej miejsce "na pudle". Niestety przed "Protakiem" jeszcze jakiś sześćdziesięcioletni biegacz z Danii.
1995
Wojtek Wanat
Miałem prawie trzydzieści lat, poczułem że zaczynam się starzeć i jak wielu innych postanowiłem sobie udowodnić że "dziadek jeszcze trochę może". Przez kilka tygodni biegałem specjalnie pod maraton i nastawiony na czas około 3:20 przyjechałem na start. Tu spotkałem Ziutka i Bogusia, oni chcieli złamać trójkę. Życzyłem im powodzenia, ale jakoś bez wiary.
Początek, mijamy knajpy w których spędzam większość czasu, biegnę jakoś trochę za szybko, mimo że staram się to kontrolować. Na piątym mija mnie jakiś czarny - patrzę na niego i myślę - ja biegnę za szybko, ale ty kolego to chyba zdecydowanie za szybko.
Po dwudziestym właściwie tylko wyprzedzam tych którzy przeliczyli się z siłami. Na Kobielskiej szpaler ludzi, okazuje się ze "menele" cieszą się z nami. Jakieś dziecko pokazuje mnie palcem - mamo patrz biegnie i się jeszcze cieszy. Faktycznie na ustach mam uśmiech.
Koło trzydziestego kilometra, tuż za Dworcem Wschodnim mijam Ziutka, chwilę później Bogusia. Ten drugi próbuje się za mną ciągnąć, ale nie daje rady. Jeszcze podbieg do placu Wilsona w dół i mogę patrzeć na walczących z przestrzenią a nierzadko i z czasem biegaczy, oni mają jeszcze za trzy, cztery kilometry do mety a ja już widzę zegar. Do trójki zabrakło mi półtorej minuty, poczułem że muszę tu wrócić.
Aleksander Zmorzyński
Przed 30 km krótki odcinek trylinki. czas 3:33. mijam starszego, siwego pana. skąd ja go znam? Przypominam sobie że w czerwcu 80r w Biegu Lechitów minąłem go dopiero na 10 km. To on jeszcze biega? To Jerzy Kuszakiewicz, rocznik 1914. Chciałbym dożyć 81 lat nie marząc o bieganiu.
Wbiegam na Most Syreny. na drugim brzegi sędziowie zapisują numery. czuje się dobrze. zastanawiam się czy Ne biegnę za wolno. W myślach zaczynam kombinować. jeśli utrzymam to wolne tempo to na mecie będę w 4:30. Może zdążę na ekspres? 35 kilometr maratonu. 17 minut szybciej od limitu. krótkie zwątpienie, tu w 94 spotkała mnie niespodzianka. nic się jednak nie dzieje. Z nogami żadnych kłopotów. Nie zmęczonym wzrokiem obserwuję innych. Ostatnie 50 m przyspieszam. Meta, dyplom i medal. Ogromna radość i satysfakcja, ze po raz siedemnasty ukończyłem Maraton Warszawski, dobrze rozłożyłem siły, poprawiłem nieszczęsne 5:32:01 z 1994 roku na 4:32:01. zdążyłem na ekspres i około 21.00 byłem z kolegami w Słupsku.
powrót na górę
Jeżeli masz swoje wspomnienia z tej edycji biegu - napisz je do nas!
|