Untitled Document
  Untitled Document  Dziś jest:    środa, 07 stycznia 2009 r.
   
Wybrana podstrona: Wspomnienia  
Untitled Document


» Strona główna działu

» Aktualności
» Regulamin biegu
» Płatności
» Płatnośc online
» Lista startowa
» Trasa biegu
» Noclegi
» Klub MW
» Program imprezy
» Elita maratonu
» Historia MW
» Wyniki
» Forum dyskusyjne

» Archiwum Maratonu
» Konkurs
» FotoMaraton GP
» Medal
» Gra miejska

» Zobacz film z mety
» Zgraj Dyplom

 

 

 



Cofnij do archiwum

Zobacz te lata w metryce biegów

1979

 

Andrzej Szałowski


Taki był właśnie mój I Maraton Pokoju - pierwszy w życiu numer startowy, pierwsze uczucie wolności po starcie. Najtrudniejszy odcinek wiódł wzdłuż toru kolejowego Warszawa-Otwock. Kilkanaście kilometrów w linii prostej - żadnego zakrętu i monotonia, która paraliżowała siły. Gdy już wracałem na Stadion X-lecia, na Wale Miedzeszyńskim zatrzymywałem się często ze zmęczenia, wykonywałem skłony, a nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Miałem wtedy niewiele sił, bo mało trenowałem, a buty w jakich biegałem, trudno było nazwać sportowymi. I przy tak morderczym wysiłku, osiągając linię mety, której nie widziałem lecz tylko czułem, doznałem najwspanialszego uczucia, które już nigdy nie powtórzyło się. To można przeżyć tylko za pierwszym razem, a nie można tego w żaden sposób opisać. "Uniosłem" się wówczas nad całym stadionem i poczułem się lekki niczym ptak. Od tego czasu pozwoliłem maratonowi zawładnąć sobą i zmienić swoje życia. Zwieńczeniem tych doznań było wręczenie mi dyplomu z autografem Tomasza Hopfera. Przy następnych maratonach takiego dyplomu już nie było.

 

Dariusz Lipiec


Najbardziej dokucza ból sztywniejących coraz bardziej mięśni ud. Teraz nie można zmienić tempa, nogi coraz mniej posłuszne są mojej woli. Coraz więcej ludzi serdecznie dopingujących. Machają rękami, coś wołają, bija brawa. Uśmiecham się też mimo zmęczenia, jestem wzruszony tą serdecznością, oklaskami i tym, że kończę maraton. Z daleka widzę już Most Poniatowskiego. Myślami jestem już przy rodzinie, która czeka na mnie na mecie i chyba trochę niepokoi się jak znoszę trudy biegu i w jakiej formie zamelduje się na mecie. Rozmyślania te gwałtownie przerywa niemal paraliżujący ból mięśni ud. Bardziej skaczę na sztywnych zdrętwiałych nogach niż biegnę. Denerwuję się czy jakoś to opanuję. Patrzę na mijającego mnie jasnowłosego zawodnika i dziwię się, że ma taki długi krok. Most, ostatni punkt orientacyjny tak powoli przybliża się. Już niedaleko. Mijam z lewej szatnie, w których rozbieraliśmy się. Wszystko jednak ma swój kres. Nagle z prawej strony ulicy, niedaleko Mostu Poniatowskiego wyskakuje niemal wprost na mnie Jurek Ziomkowski, z którym z górą dwadzieścia lat wstecz należałem do sekcji kolarskiej warszawskiej Spójni: "Darek, robię ci zdjęcie, już zaraz za mostem meta, teraz przyłóż".


Janusz Kalinowski


Ten pierwszy maraton był nieprawdopodobny ze względu na atmosferę, którą stworzyli biegacze. Do dziś pamiętam że to było tak jakby się biegło w wielkiej rodzinie. Bo ludzie pytali jeden drugiego: Jak się czujesz, a może ci coś podać a chcesz cukier, jakiś napój? Taka atmosfera, w której jeden dbał o drugiego, wszystkim zależało na tym żebyśmy wszyscy ten maraton ukończyli. Na półmetku doszła taka wiadomość, jeden drugiemu ją podawał, że Monika Hopfer sprzeciwiła się ojcu i chce biec do mety, bo miało być tak że tylko wystartuje, a później zejdzie. Ojciec dostaje szału, a ona chce biec do końca. A jak taka dziewczyneczka, mająca dwanaście czy trzynaście lat biegnie to ja też dam radę. Atmosfera była potęgowana przez mieszkańców, którzy wynosili jakieś ciasta, wiktuały, nie wiem, co tam było, bo nie jadłem. Ten Stadion Dziesięciolecia w tamtych latach był symbolem sukcesów naszego sportu. Wiele osób pamiętało mecz 1958 roku w Polska - USA gdzie te 100.000 ludzi dopingowało.

 

powrót na górę

Jeżeli masz swoje wspomnienia z tej edycji biegu - napisz je do nas!

 

1980

 

Jan Niedźwiecki "Ułan"

(...) Do mojego osłabienia doszło to, że jednak chciało się ciągle pić. Dobrze, że niektórzy mieszkańcy w pobliżu trasy maratonu wynieśli wiadra z wodą, jak również ktoś polał nas wodą z sikawki. Ale to było za mało. Gdzieś około 30 km zaczęły mnie boleć pięty oraz stawy kolanowe. Niewłaściwy trening dawał znać. Każdy krok w trakcie dalszego biegu był mordęgą. Musiałem przystanąć i zacząłem maszerować. Zresztą takich idących zawodników było znacznie więcej, nie byłem więc odosobniony.

Po dobrej godzinie, gdzieś w okolicach mostu na "Trasie Łazienkowskiej", (40 km) kiedy pojawiły się większe grupy widzów, którzy oklaskiwali maratończyków i zachęcali do biegu, zmusiłem się do dalszego truchtu. Te ostatnie 2 km były prawdziwą męką. I kiedy "na ostatnich nogach" dobrnąłem uszczęśliwiony do mety, tylko pozostawało mi "zwalić się" na murawę boiska.

Nie wiedziałem co się koło mnie dzieje. Bardzo zadowolony z ukończenia maratonu i uzyskania dyplomu (bo medali jeszcze wówczas nie przyznawano) nie wiedziałem nawet, które zająłem miejsce ani w jakim czasie. Dopiero wiele tygodni później okazało się, że uzyskałem 1.784 miejsce z czasem 4 godz. 42 min, co było dla mnie znaczącym sukcesem.

"Kurier Polski" z dn. 15 września 1980

I oto mamy 17.50, a więc od startu maratonu upłynęło 6 godz. 50 min.. Na mecie melduje się ostatnia czwórka: 72-letnia Helena Opiłowska z Gdyni, 42-letnia Stefania Łazik z Wrocławia, 33-letnia Maria Janaszek z Dobroszyc i 69-letni Jerzy Baliński z Warszawy. II Maraton Pokoju ukończyło 2291 osób. Wycofało się zaledwie 85.

Aż dziw bierze, że na tyle osób nie było poważnych przypadków niedyspozycji - powiedzieli Kurierowi dyżurni lekarze. - Nasze interwencje, a było ich ok. 500, ograniczały się do otarć naskórka stóp, pachwiny i pod pachami. 10 osób doznało urazu łękotki bądź zasłabło.
9-letni Bartek Dowiad, uczeń Szkoły Podstawowej nr 204 z Warszawy o Maratonie Pokoju dowiedział się w niedzielę rano od ojca. No i spróbował swych sił, pokonując trasę 42.195 m w 5,5 godziny.

Najstarszym uczestnikiem Maratonu Pokoju był 72-letni Aleksander Pietroń z Bydgoszczy. Jego czas 6:26:38. - Na trasie odparzyłem sobie lewą nogę i z konieczności musiałem ograniczyć się do marszobiegu. Ale jestem już bogatszy w doświadczenia.

Wojtek Wanat

Dlaczego mając czternaście lat zdecydowałem się przebiec maraton? Przez całe życie byłem słabszy. Do drużyny na WFie zawsze wybierali mnie na końcu. Kiedy przeczytałem o tym jak tłum ludzi rok wcześniej przebiegł maraton, wiedziałem - też to zrobię. I tak jak tamci ludzie stanę się kimś wyjątkowym, ważnym, jak człowiek który przebiegł maraton żeby zyskać szacunek teściowej.

Moi rodzice też chcieli żebym był kimś wyjątkowym, więc z radością podpisali zgodę na mój udział w biegu. Pozostała tylko formalność - przelecieć te 42 kilometry. Początek był fantastyczny - tłum ludzi odliczający ostatnie sekundy przed startem; jeszcze dzisiaj czuję w takich momentach ciarki; strzał i ruszyliśmy.

Po kilku kilometrach wbiegam na wał przeciwpowodziowy i patrzę - przed nami i za nami rzeka ludzi, to było dla mnie coś fantastycznego. Zaczęły się rozmowy. Kiedy mówię ile kilometrów przebiegłem w ramach przygotowań, jeden ze współbiegaczy patrzy na mnie dziwnie. Powinienem być bardziej z przodu czy raczej z tyłu - pytam. Raczej w domu, przed telewizorem - pada odpowiedź. Ale ja wiem lepiej na ile mnie stać - biegałem w przełajach nawet na półtora kilometra i potrafiłem przejść ponad dwadzieścia, więc i tym razem dam radę. Miedzy dwudziestym a trzydziestym kilometrem zacząłem przekonywać się czym jest maraton, a po trzydziestym piątym byłem gotowy przyznać mojemu rozmówcy rację. Ale osoba, której nie wierzyłem na początku, w tym czasie była już chyba na mecie.

 

 

Jeżeli masz swoje wspomnienia z tej edycji biegu - napisz je do nas!

 

powrót na górę

Cofnij do archiwum

Zobacz te lata w metryce biegów