Obudziłam się o 8.00 rano. Wtedy właśnie zaczęły docierać do mnie sygnały z różnych części mojego ciała. 25km przez góry i piachy to nie był sen!
"Wesoła 100" to niełatwe wyzwanie. Jak podjęłam decyzję, że chcę biec, nie zdawałam sobie sprawy z tego co mnie czeka. Stówa w nazwie nie wyostrzyła mojej czujności i cały czas wydawało mi się, że będzie to miła przebieżka po przepięknych lasach Starej Miłosnej. W sumie wszystko oprócz "przebieżka" się zgadza.
Miło było ogromnie, zwłaszcza w towarzystwie Izy, Kazi i Ani. Trasa zawodów była fantastyczna, tutejsze lasy są bezspornie cudne; natomiast 5- kilometrowe kółko... to była już walka o życie. Piach po kolana, górki i dołki, ostre zakręty, które niejednego biegacza wywiodły poza trasę! Jednym słowem survival.
Na szczęście nie byłam sama; obecność i wsparcie dziewczyn były dla mnie bardzo ważne. Walczyłyśmy z trudnościami razem i to sprawiło, że mimo przeciwności bawiłam się świetnie. Pomiędzy kolejnymi startami odbywały się pogaduszki, konsumpcja bananów, drożdżówek, zupek Knora i dużej ilości płynów. Nastrój iście piknikowy!
Biegłam 2 razy po 10 km i raz 5 km. Pierwszy raz w życiu zmagałam się z takim terenem. Przebiegnięcie dwóch okrążeń daje dużo satysfakcji, ale jest baaardzo męczące. Druga dycha konkretnie dała mi w kość i nawet dwie godziny regeneracji nie wystarczyła by wrócić do formy. Ostatnią piątkę biegłam na chwiejących się nogach z jedna myślą w głowie - to już ostatnie kilometry!!!
A na mecie jak zwykle radość! Ach, co za szczęście! I oczywiście rozpierająca pierś duma, że udało się. Mam 25 kilometrów w nogach i żyję! Mało tego: ja chcę jeszcze raz!!!
Niestety nie mogłam zostać z dziewczynami do końca, ale dotarły do mnie wieści o męstwie Kazi (czy też kobiecej solidarności, jak to powiedziała Kazia). Ona przebiegła tego dnia 35km! Jesteś wielka Kaziu!