Minęło już prawie 6 godzin od finiszu, mogę napisać jak było. Pierwsze 10 kilometrów jak na skrzydłach, trochę za szybko, jak na nasze planowanie, ale frunęliśmy. Piotrek, na szczęście, niósł ze sobą izotonik, nauczeni poprzednimi startami woleliśmy mieć coś do picia ze sobą. Pomogło. W tunelu zgubiliśmy trochę rytm, pobiegliśmy za szybko, wszystko przez, albo dzięki bębnom, które bębniły elektryzująco i fantastycznie, i to echo, które niosło po tunelu. Było pięknie. Na wybiegu z tunelu jakiś zawodnik zasłabł.
Biegniemy dalej, przed nami podkręcanie tempa, tak było w założeniu. Pod Sanguszki chwilę podchodzimy, wcześniej zrobiliśmy trzy krótkie przejścia do marszu, w punktach i dodatkowo przy wyjściu z tunelu, bo trochę mi brakowało tchu po tych bębnach. Większość Sanguszki podbiegamy. Wbiegamy już na decydujące kilometry, mamy spory zapas czasu, wiemy, że damy radę zmieścić się w planowanym czasie 2 godzin, ale...nie mam już siły na przyśpieszenia. Zaczynam odpadać...jeszcze dwa kilometry.
Mój mały dramat rozegrał się na 20-stym kilometrze, tuż za tabliczką 19. Rozbolał mnie brzuch, mocny skurcz w jelitach, bardzo bolesny. Na chodniku stoi pani Malina, krzyczy "Iza, dalej, dalej" pozdrowiłam ją, ale wiem, że nie dam rady finiszować, jak chciałam. Piotrek ma zapasy sił, ale zwalnia do mojego tempa. Mijamy kolejny zakręt, mój Boże, gdzie ta meta...przecież powinna być już niedługo...pamiętam mapę...mały zakręt i ostatnia prosta...gdzie ten zakręt...nie klęłam tym razem, raczej rozpaczałam nad sobą. Oceniałam czy dam radę dobiec, czy może wejdę na metę, brakowało mi oddechu, było mi niedobrze. Mówię do Piotrka, żeby biegł dalej sam, spotkamy się na mecie, ja muszę przejść na chwilę do marszu, bo nie daję rady. Kategorycznie odmówił, przeszliśmy na jakieś 100 m do marszu, pomogło. Zrobiliśmy to około 700 m przed metą. Wyznaczyliśmy sobie, że idziemy do pasów, potem zaczęliśmy biec dalej. Ostatnia prosta, szalony doping, widzimy metę. Jest adrenalina, nie ma energii, nie ma nic, wielka czarna dziura...Piotrek wyrywa na finiszu do przodu, wbiega tuż przede mną. Słyszę głos spikera: Wbiega Iza z Kobiecego Teamu Biegowego, dzięki Niej wiele kobiet zdecydowało się na bieg w półmaratonie...dalej nie słyszę, mam mdłości, rwie mnie, na szczęście nie mam czym wymiotować.
Dostaję medal...całuję go...piękny, ciężki, o największej jak dotąd dla mnie wartości. Folia na plecach, idziemy dalej. Odbieramy depozyt, idziemy do szatni. Po drodze, siadamy na murku, robimy fotki. Wychodzimy z szatni, kolejni znajomi, gratulują życiówki i tego, że wykonaliśmy założony plan. Idzie Julia, nasza Julia, co miała z nami biec i zgubiła sie już w sektorze przed startem. Śliczny wynik Julii 2:01:25...
Wracamy na metę, akurat wbiega Michalina...ależ była szczęśliwa!!! Same endorfiny!!! Mija chwilka i wbiega na metę Jeff Galloway, wbiega w grupie Jeffa Ania. Idzie na bok, jest przy Niej synek. Podchodzimy z Piotrkiem, Ania płacze...płacze ze szczęścia, zmęczenia, z emocji...z Niej endorfiny dosłownie "wypływają". Idziemy do samochodu. Mijamy się z Martą z teamu. Siadamy na ławce przy Uniwerku, jemy wafelki, pijemy...mam ochotę położyć się na ławce, ale zimna. Wysyłam SMS-a do Marka, Ali i Kasi...błyskawicznie przychodzi odpowiedź od Marka – Brawo, że miał czas odpisać...szacuneczek!!!
Idziemy dalej, mijamy ludzi z medalami, uśmiechają się, dziś jesteśmy wyjątkowi, dziś my jesteśmy bohaterami. Przechodzimy obok kamienicy Wedla. Chcę czekolady. Należy nam się nagroda. Siadamy przy stoliczku. Dwoje lumpów, z workami na śmieci pod pachą, zmęczeni...piękni goście do pięknego lokalu. Podchodzi kelner, daje nam kartę. Tłumaczę nasz wygląd, uśmiecha się. Zamówienie przyjmuje inny kelner. Tłumaczę mu, że tak wyglądamy, bo właśnie skończyliśmy bieg. Jaki bieg? 21 km...ojej, to gratuluję.
Gratuluje nam jeszcze raz na koniec, chyba zrobiliśmy na nim wrażenie. W domu dzieciaki przywitały nas oklaskami :-) Szybki prysznic i jedziemy na obiad z moimi rodzicami. Całą godzinę - tylko o bieganiu...w pewnym momencie powiedziałam, że możemy zmienić temat, jeśli chcą...nie chcieli, napawali się naszą radością. Byli z nas dumni dotykali medali, pytali o szczegóły. Szykując się do tego biegu zrobiliśmy 650 km treningów. Warto było. Naprawdę warto.