To była niedziela. Słońce chowało się za chmurami, po Krakowskim Przedmieściu hulał wiatr, a ja szykowałam się do startu. Była przy mnie Iza, potem pozostałe dziewczyny z Teamu. Ostatnia toaleta, przypięcie numeru, jeszcze łyk PowerRade i wejście w tłum.
Gdzie by się tu ustawić.... miałam biec z Izą, ale niestety zgubiłyśmy się w morzu ludzi. Wpadłam za to na Kasię Ż. i to było od początku, i jak się okazało później do samego końca, bardzo szczęśliwe dla mnie spotkanie!! Dzięki Kasi przebiegłam ten dystans i dzięki niej mam taki wynik....nie było łatwo....
Pierwsze 10km poszło szybciutko i bez większego zmęczenia. Biegłyśmy równym tempem, uśmiechnięte i zagadane. Ja jeszcze do tego zachwycona, jak te kilometry niezauważalnie znikają za nami.... Niestety na 11 kilometrze mój zachwyt prysł i pojawił się kryzys, który trwał aż do 17 kilometra Trasa od mostu Świętokrzyskiego do tunelu to były istne tortury. Kondycyjnie nie miałam wielkiego problemu. Cały czas biegłyśmy z Kasią w tempie, ale w mojej głowie działy się rzeczy straszne Nagle dotarło do mnie, że przede mną jeszcze 10km, a ja już nie mam siły. I że kolejna godzina biegu to dla mnie za dużo. I w ogóle po co ja to robię.... i różne tego typu myśli na zmianę z walecznymi głosami, że dam radę, że już coraz bliżej, że przecież nie mogę zrezygnować w połowie, kołatały się po mojej głowie. Prawdziwa bitwa! Ale na szczęście obok mnie była Kasia - wciąż uśmiechnięta i świeża. Mówiąca: dasz radę, chodź, chodź....
To mnie uratowało. Kryzys skończył się na podbiegu, za tunelem. Wtedy dotarło do mnie, że jesteśmy już bardzo blisko mety. Zmobilizowałam zapasy energii i trochę przyspieszyłam. Biegnąć przy sądach widziałam już biegaczy, którzy ukończyli bieg i to dodało mi skrzydeł. A kiedy skręciłam w Krakowskie Przedmieście i zobaczyłam z daleka czerwone cyfry na zegarze Timexa, zaczęłam przyspieszać i biec coraz szybciej. Musze nieskromnie napisać, że finisz miałam świetny. Z tej części biegu jestem najbardziej zadowolona. Biegłam na maksa i nawet przez chwilę bałam się, że nie wyhamuję na mecie :) To było cudowne uczucie. I chwilę potem meta, medal, folia na plecy, rodzina, buziaki i gratulacje.... Czułam się jak Zwyciężczyni, jedna z 5 tysięcy pozostałych! Bo tego dnia wszyscy, którzy dobiegli byli zwycięzcami... Piękne!
Następny biegowy przystanek- maraton! Już na jesieni!