Szybki skok

Michalina Preisner - całe pół

"Przypnij numer już dziś, bo jutro będą ci się trzęsły ręce. Raczej nie zaśniesz. O 9:45 bądź pod Kolumną Zygmunta, przybijemy piątkę" - napisał dzień przed startem doświadczony biegowy kolega.

Oczywiście nie zasnęłam i oczywiście nie spotkałam go w pięciotysięcznym tłumie startujących. Taki już mam charakter, że nie ufam rozkładom jazdy pociągów ani godzinom odlotów samolotów. Nie zaufałam też godzinie startu 4. Carrefour Półmaratonu Warszawskiego i w miasteczku tego dnia byłam już chwilę po 8. Średni był to pomysł dla debiutantki, zważywszy na narastającą w kłębowisku rozciągających się biegaczy ekscytację. Tłum rósł, napięcie we mnie też, rozładowywane nerwowo rzucanym w stronę koleżanek 'chyba umrę'. W kolejce do toalety spotkałam jednak dziewczynę, która na widok koszulki KTB zaczęła opowiadać o swoim pierwszym półmaratonie. Weronika wyglądała dosyć żywo i sympatycznie, więc pomyślała m, że nic mi się jednak złego na trasie stać nie może. Z cieniem optymizmu odszukałam swoją końcową strefę czasową. 

Godzina 10.00, strzał startera. Ruszyliśmy. Nigdy wcześniej nie byłam na środku Marszałkowskiej opanowanej przez tłum biegaczy. Nigdy wcześniej nie widziałam tak błękitnej Wisły jak wtedy - z Mostu Gdańskiego. Nigdy wcześniej nie widziałam zwierząt w ZOO przez ten płot i nie czułam tak złośliwej satysfakcji jak na widok pierwszego korka, do którego powstawania Półmaraton się przyczynił. Te kilometry, od 7. do 15., zlewają mi się w jedną niezwykle miłą całość, wypełnioną piosenkami Boba Dylana i rozmowami. Gdzieś po 15. (gdzie?) był słynny tunel i te dźwięki. Wtedy przypomniałam sobie, że mam w kieszeni bluzy telefon i zrobiłam dwa zdjęcia biegnącym przede mną. Tunel był osobnym biegiem w biegu. Zaraz (nie wiem, jak bardzo zaraz) po tunelu było Sanguszki. Na sam widok wzniesienia opadłam z sił. Dostałam wodę, zobaczyłam powerrade na końcu i starałam się podbiec. Moje nogi jednak biec nie chciały. Podeszłam. Wzięłam butelkę z niebieskim płynem i po trzech łykach próbowałam z nią biec - tonący się jakoś tej brzytwy chwyta, faktycznie nie za ładnie. 

Bieg z butelką był jeszcze trudniejszy niż bez, więc zostawiłam pierwszy w życiu izotonik (serio!) na chodniku i próbowałam walczyć dalej. Sprawy nie ułatwiła Paula Radcliffe, która oświadczyła zdecydowanym tonem: 4 km to go. Wiedziałam, że są trzy - kto by się bawił w ustawianie 21,097 km na iPodzie drżącymi na starcie rękami. Sprawy nie ułatwiło zmęczenie, zniechęcenie i niewielu towarzyszy za mną. Sprawę ułatwił ktoś, kto bez śladu zmęczenia wracał z mety z medalem na szyi. Ułatwił na chwilę, bo po paruset metrach biegu, znowu szłam. Ale pomyślałam już wtedy o Kamilu, który dawno dobiegł - pomyślałam, że jeśli znowu będzie tak, że nudząc się w oczekiwaniu na mnie na mecie, spróbuje się do mnie dodzwonić to chyba padnę ze wstydu. Ach, i o tym, że jeśli będzie mniej niż 2:30 to on stawia piwo. Jeśli więcej - ja. Byłam przed wypłatą. 

Na przeraźliwie długiej ostatniej prostej prowadziłam w głowie zbyt skomplikowane na ten stopień zmęczenia kalkulacje i chyba uznałam, że ostatecznie lepiej już tam wbiec i mieć to z głowy. Wiem, że ktoś krzyczał moje imię, ale nie słyszałam. Czerwona, zziajana i półprzytomna z zadowolenia zgarnęłam jeden z prawie czterech tysięcy medali i wpadłam na Wojtka Wanata. Zapytał, jak. Wojtkowi tego nie powiedziałam, ale teraz myślę, że mogłam - życie w miniaturze, utwór na osiem oktaw emocji zakończony na wysokim C nieporównywalnej z niczym radości z ukończenia pierwszego w życiu półmaratonu. Widzimy się we wrześniu - powiedziałam wtedy Wojtkowi. We wrześniu, na starcie (i mam nadzieję, mecie) 31. Maratonu Warszawskiego. Dwa dni przed moimi imieninami, dwa razy półma raton. Mój pierwszy, Warszawy - 31.